Osoby te swoje najlepsze lata spędzili w obozach koncentracyjnych, gdzie pracowali ponad swoje siły. Związek liczy 65 członków, a średnia wieku wynosi 85 lat.
- Aby zostać członkiem stowarzyszenia należy przedstawić zaświadczenie z biura Alzenau w Niemczech lub z Muzeum z Auschwitz – informuje Aleksander Dębiec, zastępca prezesa Polskiego Związku byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych.
Celem organizacji jest utrzymywanie pamięci o losach uwięzionych politycznie rodaków w hitlerowskich obozach koncentracyjnych i więzieniach oraz niesienie im pomocy oraz ich rodzinom. - Bardzo pomaga nam Fundacja Maksymiliana Kolbego w Niemczech, która przysyła nam lekarstwa, witaminy, laski dla chorych. Ostatnio pozyskaliśmy nawet wózek inwalidzki dla naszej członkini – relacjonuje zastępca prezesa.
Sądecka organizacja podlega bezpośrednio Zarządowi Głównemu w Warszawie. Utrzymuje się jedynie ze składek członkowskich. - Można powiedzieć, że władze miasta zapomniały, że w swoim społeczeństwie mają również osoby pokrzywdzone przez II wojnę światową – dodaje ze smutkiem Dębiec.
Pokonanie śmierci – wspomnienie więźnia terroru hitlerowskiego
Był początek roku 1943. Byliśmy wtedy pod okupacją niemiecką. Pewnego dnia Gestapo wpadło na trop mojej działalności partyzanckiej i zostałem aresztowany oraz przewieziony do więzienia gestapowskiego „Palace” w Zakopanem. Tam wsadzono mnie do pojedynczej celi. Początkowo było tylko krzesło, ale i to zabrano, zostałem w czterech ścianach i podłodze betonowej. Codziennie brano mnie na wyższe piętra i tam wieszano za ręce bijąc do nieprzytomności. Gdy już straciłem przytomność spuszczano mnie zawsze do kałuży krwi. Gestapowcom chodziło o to, żeby się przyznać i podać nazwiska swoich kolegów. Zawsze po takim biciu wleczono mnie po schodach do wspomnianej już celi, gdzie na gołym betonie siedziałem lub leżałem. Podczas takich bić, drewnianymi lub żelaznymi prętami, gestapowcy zadawali mi jedno pytanie: Czy się przyznaje? Odpowiadałem zawsze, że nie mam się do czego przyznać, że nie należę do żadnej organizacji. Oni w dalszym ciągu bili mnie, nie zważając, czy to głowa czy żołądek.
Takie tortury trwały przez miesiąc. Później nie dostawałem ani jeść ani pić. Z muszli klozetowej ręką czerpałem wodę do ust.
Po miesiącu takich tortur miałem zęby powybijane, głowę pokaleczoną, twarz poprzecinaną. Pewnego razu gestapowiec powiedział: Nie będziemy się z Tobą już więcej bawić. Tym oto pistoletem jutro Cię zastrzelę jeśli się nie przyznasz. Masz czas do jutra. Odpowiedziałem, że może mnie zabić teraz. Było to popołudnie, pomyślałem sobie, że ostatni raz patrzę przez okno, na ludzi spacerujących, rano już oddam Bogu ducha.
Rano wszedł gestapowiec do celi z pistoletem w ręku i pyta czy się przyznaje. Odpowiedziałem, że już tyle razy mówiłem, że nie mam się do czego przyznać. Kopnął mnie i zamknął cele.
W południe dostałem pierwsze jedzenie, a następnego dnia zawieziono mnie do Krakowa, do więzienia „Montelupich”.
Po kilkugodzinnym staniu przed bramą obozu w Auschwitz wprowadzono nas do wewnątrz, gdzie zaraz zostaliśmy umieszczeni w łaźniach. Tam nas ostrzyżono, dano pasiaki do ubrania i zaprowadzono do bloku, gdzie odbywała się kwarantanna.
Po kilku dniach pobytu na kwarantannie dostałem wysokiej gorączki i zaniesiono mnie do szpitala obozowego. Okazało się, że miałem pękniętą kość w czaszce. Były to skutki tortur w więzieniu w Palace w Zakopanem. Kość ta już się psuła i należało ją wyciąć. Operacja trwała prawie dwie godziny. Przeprowadził ją lekarz-więzień. Jakimś dłutkiem i młotkiem bez znieczulenia wycinano mi kość za uchem. Ból był straszny.
W szpitalu obozowym co tydzień był przegląd chorych. Wtedy przychodził wyższą rangą oficer i zapisywał numery pacjentów, którzy byli bardzo chorzy lub wychudzeni. Później podjeżdżał samochód i zawożono tych ludzi do komór gazowych, a następnie palono w krematorium. Przy moim łóżku ów Niemiec machnął ręką i poszedł dalej.
W szpitalu obozowym leżałem trzy tygodnie. Kiedy głęboka rana zaczynała się goić, wypisano mnie i skierowano do pracy.
Najpierw zaprowadzono mnie do bloku, gdzie miałem mieszkać. Przywitał mnie sekretarz mocnym uderzeniem w głowę tak. Rano, kiedy odezwał się gong nastąpiła pobudka i należało wtedy w kilka minut wyprostować posłanie, koc złożyć w kostkę i szybko udać się do umywalni. W drzwiach umywalni stał sztubowy z dużym nahajem i każdego po gołych plecach silnie bił. Tak samo było w drodze powrotnej. Jeżeli więzień szybko przeszedł to został tylko raz uderzony, osoby starsze, wolniejsze były bite, nieraz śmiertelnie. Natomiast raz w tygodniu odbywała się kąpiel w łaźni. Łaźnia znajdowała się na końcu obozu. Przy 20 stopniowym mrozie wielu nie zdążyło dotrzeć do swojego bloku. Ja wychodząc z łaźni, zupełnie mokry, jak najszybciej biegłem przeskakując nieraz po trupach, aby dotrzeć do mojego bloku, który znajdował się prawie przy samym końcu obozu.
Praca w obozie trwała od rana do wieczora, pracując nie wolno było stanąć ani na chwilę, cały czas trzeba było być w ruchu. Jeżeli któryś z więźniów wyprostował się lub stanął na chwilę to takie otrzymywał lanie, że niejednokrotnie już więcej nie wstał.
Pierwsza moja praca polegała na przeniesieniu ciężkiego dźwigu. Ustawiono mnie na końcu, a vorarbeiter żyd szedł z tyłu i bił mnie po głowie tak, że po niedawno przebytej operacji byłem już pewny końca mojego życia.
W czerwcu 1944 roku wybrano 1200 Polaków i 800 Rosjan. Wśród nich byłem również ja. Prowadzono nas w stronę komór gazowych i krematorium. Różne myśli przebiegały nam po głowach. Postanowiliśmy, że gdy będziemy już kilka metrów od komór gazowych to rzucimy się na esesmanów otaczających nas. Przynajmniej zginiemy w czasie walki, a nie zatruci gazem. Jednak przeszliśmy obok komór gazowych do stojących obok wagonów. Załadowano nas po 100 więźniów do jednego wagonu wioząc przez 3 dni do obozu w Buchenwaldzie.
W obozie tym nie było miejsca i umieszczona nas pod olbrzymim celtowym namiotem. Spaliśmy na gołej ziemi, bez żadnego nakrycia. Do pracy chodziliśmy do kamieniołomu. Aby mieć coś pod głowę przyniosłem sobie płaski kamień.
Później umieszczono nas w opuszczonej szkole, skąd chodziliśmy do pracy do fabryki syntetycznej benzyny około 6 kilometrów. Fabryka ta była bezustannie bombardowana przez samoloty - w dzień amerykańskie, a w nocy przez angielskie. Praca nasza polegała przeważnie na odgruzowywaniu fabryki. Oprócz ciężkiej pracy groziła nam śmierć od spadających bomb.
Na początku 1945 roku odesłano mnie do obozu w Mittelbau – Dora, gdzie spotkałem jednego więźnia – Polaka, który powiedział, że w tym obozie nie można dłużej przeżyć niż 3 miesiące. Czekaliśmy na placu apelowym dzień i noc, ponieważ w głównym obozie nie było miejsca. Był to mroźny dzień i stojąc tak długo, wielu więźniów padło z wycieńczenia i zimna.
Pracowałem także w tunelach, gdzie produkowano rakiety V-1 i V-2. Pracowaliśmy w pyle od rana do wieczora. Przy ciężkiej pracy i bardzo marnym wyżywieniu więźniowie umierali na każdym kroku. Pewnego dnia ja i mój kolega Eugeniusz na kolanach podeszliśmy do kuchni esesmańskiej błagając o coś do jedzenia. Wejście jakiegokolwiek więźnia do kuchni groziło śmiercią. Esesman był zaskoczony naszym widokiem i zaczął skakać z pistoletem w ręku. Wreszcie go schował, nabrał pełną miskę gotowanej kaszy i powiedział: – Żryjcie i uciekajcie stąd, żebyście tu więcej nie przychodzili bo zastrzelę jak psy i nie mówcie kolegom, żeście tutaj byli.
W początku kwietnia 1945 roku znalazłem w umywalni kawałek rozbitego lusterka. Jak się przyglądnąłem upadłem i zemdlałem. Wyglądałem jak kościotrup – skóra i kości.
Po tych tragicznych przeżyciach można powiedzieć, że pokonałem śmierć.
Jeśli chcesz pomóc Stowarzyszeniu poniżej podajemy numer konta bankowego na które można przelać pieniądze: 13 1060 0076 0000 3200 0019 4180
Autor: opr. edyp