
Około północy z płytkiego snu wyrwał mnie trzask łamanych drzew, gdzieś w pobliżu naszego namiotu. Wiesiek, z którym dzieliłem dwuosobowy namiot, będąc pierwszy raz na safari był bardzo wystraszony. Starałem się go uspokoić, ale z marnym skutkiem. Całą noc nie zmrużył oka i dopiero przed świtem, gdy busz przycichł, uspokoił się i zasnął.
Rano okazało się, że nocną wizytę zawdzięczamy słoniowi, który niedaleko naszego namiotu zniszczył część ogrodzenia. Obsługa obozowiska natychmiast przystąpiła do jego naprawy, aby zapobiec przedostaniu się dzikich zwierząt.
Przy śniadaniu moi towarzysze podróży z przejęciem opowiadali o swoich wrażeniach z nieprzespanej nocy.
Po śniadaniu udaliśmy się nad rzekę. Małymi, wydrążonymi w pniu drzewa łodziami zwanymi mokoro, popłynęliśmy w górę rzeki. Naszym celem była jedna z licznych wysp rozlewiska Okawango, na której odbywają się piesze safari.
Mokoro to wąska łodź i bardzo niestabilna. Podczas płynięcia miałem wrażenie, że zaraz wpadnę do wody, pełnej głodnych krokodyli. Jednak stojący z tyłu łodzi Murzyn, za pomocą długiego drążka utrzymywał jej stabilność, jednocześnie popychając ją do przodu.
Dobiliśmy do płaskiego brzegu. Czekał na nas ten sam przewodnik, który poprzedniego dnia prowadził nas do obozowiska. Był w towarzystwie dwóch młodych uzbrojonych Murzynów. Jeszcze raz powtórzył nam, że mamy iść za nim rzędem i nie odchodzić na bok.
Gęsiego ruszyliśmy w głąb wyspy: przewodnik, ja i reszta moich towarzyszy, a na końcu uzbrojeni Murzyni. Ich zadaniem było chronić nas przed niebezpieczeństwem ze strony dzikich zwierząt.
Wyspa porośnięta była wysoką, już pożółkłą trawą, stanowiącą idealne warunki życia dla zwierząt. Pogoda była wspaniała – bezchmurne niebo, bardzo dobra widoczność i rześkie powietrze. Początkowo szliśmy przez teren, na którym trawa była wypalona, a widok nie był zbyt ciekawy. Ale po przejściu tej „spalonej ziemi” weszliśmy w świat „bajki” - jaki można oglądać w programach przyrodniczych o Afryce. Wszystko zachowane w dziewiczym stanie, żadnych śladów działalności człowieka, nawet ścieżka, którą szliśmy była wydeptana przez zwierzęta. Po jej obydwu stronach, wśród wysokich traw, piętrzyły się kilkumetrowe kopce termitów. Tak wysokich jeszcze nie widziałem!