W pierwszy wieczór festiwalu w tłusty czwartek okazało się nie po raz pierwszy zresztą, że dźwięk wydobyć można prawie z każdego przedmiotu, a grać można prawie na wszystkim. Nawet nie trzeba mieć absolutnego słuchu żeby słyszeć muzykę, trzeba tylko umieć słuchać. The Cuckerbutty Ocarina Quartet swoją nazwą składa hołd angielsko- hinduskiemu kompozytorowi i organiście Oliphantowi Chuckerbutty, który żył i torzył na przełomie 19- tego i 20- tego wieku. To zespół, który tworzą Michael Copley, Michael Murray, Yuzuru Yamaschiro i Aidan Burke. Muzycy grali na okarynach, ale nie tylko. Okaryna to niewielki instrument, rodzaj fletu, najczęściej wykonany jest z wypalonej gliny, albo z porcelany, ale może być też wykonany z plastiku, szkła a nawet z metalu. Zakres dźwięku, jaki można z okaryny wydobyć zależy od tego czy jest to okaryna sopranowa, altowa, tenorowa czy basowa. Wydaje się, że zespół wykorzystuje wszystkie możliwości tych instrumentów, grając naprawdę koncertowo znane i popularne muzyczne dzieła muzyki klasycznej i ludowej, które w ich wykonaniu są bezsprzecznie dziełami muzycznej sztuki. Schuberta jednak panowie potraktowali pstrągami. Tak, naprawdę grali na pstrągach, gumowych, ale do złudzenia przypominających prawdziwe. Gumowe, czy nie kto to słyszał żeby grać na czymś takim? Był też metalowy czajnik. Mimo, że trzej członkowie zespołu są anglikami, nie sączyli herbaty tylko grali.
W rękach niezwykłych wykonawców grały też gitara, flet picolo, klawiszowa harmonijka. Słyszeli i widzieli to wszyscy, którzy na ten koncert przyszli. Właściwie nie koncert to tylko spektakl, z wyjątkowym, bo angielskim dowcipem. Muzycy byli przygotowani nie tylko muzycznie, porozumiewali się z naszą widownią w języku polskim. Spektaklem był też sobotni występ hiszpańskiego kwartetu składającego się z trzech muzyków: Eduarda Ortegi, Fernando Clemente, Ary Malikiana i wiolonczelisty Gartxota Ortiza, którzy przyjechali do nas z programem zatytułowanym- „PAGANINI czyli od Mozarta do heavy metalu”. Jak się okazało panowie są nie tylko wyśmienitymi muzykami, ale i aktorami i rewelacyjnie wypadają w tym połączeniu. A czy można połączyć koncert Mozarta z flamenco, bluesem i fragmentem rocka? Kto nie słyszał może nie uwierzyć, ale można i to tak, że tworzy to szczególnie zgrabną dla uszu całość. Oj działo się i podczas całego występu na scenie było dynamicznie, szczególnie podczas wykonywania jednego z utworów Paganiniego. Muzycy oprócz kunsztu muzycznego cieszyli widownię szczególną sprawnością fizyczną, którą z powodzeniem łączyli w scenicznych gagach i skeczach, tańcząc, wywijając hołupce, śmiesząc nie używając przy tym słów. Można było się przekonać lub utwierdzić w przekonaniu, że muzyka nie tylko łagodzi obyczaje, ale wprawia w dobry nastrój i poprawia samopoczucie szczególnie w tak nie typowym wykonaniu. Kolejny, niedzielny wieczór w Sokole był tylko tego potwierdzeniem.

Na scenę wkroczyła FILHARMONIA DOWCIPU i właściwie na tym można by skończyć, bo było jak zwykle: lekko, kunsztownie a jednocześnie perfekcyjnie i na bardzo wysokim poziomie, czyli jak zwykle świetnie. Warte uwagi jest jednak, że tym razem wyraźnie widać było zaangażowanie całego zespołu FILHARMONII. Wystąpili też Ci, których najczęściej na scenie nie widać, czyli pracownicy techniczni. Nie dość, że podczas całego koncertu przemykali przez scenę panowie w strojach nie koncertowych, a to zagarniając przy okazji coś ze sceny, a to coś na nią wnosząc, to na koniec wnieśli wielką drabinę, dmuchawę, ogromne tekturowe pudło plus niemały wentylator i wszystko to w koncercie zagrało. Reżyser wydarzenia- Jacek Kęcik okazuje się, talentów ma sporo bo perfekcyjnie obsługiwał dmuchawę, która sztucznym śniegiem z tekturowego pudła zasypała na biało wszystkich na scenie i część widowni. Waldemar Malicki rozpylał wodę z wysokości drabiny z urządzenia służącego z przeznaczenia do oprysków drzew owocowych. Wentylator podnosił polewane wodą włosy sopranistki Anity Rywalskiej- Sosnowskiej, która w tym jednym przypadku tylko świetnie udawała, że śpiewa, bo naprawdę słyszeliśmy głos Marty Zalewskiej, skrzypaczki, basistki i wokalistki w jednej osobie. U Malickiego gra każdy, jak się przekonaliśmy podczas ostatniego występu FILHARMONII DOWCIPU nawet charakteryzatorka musi umieć grać na jakimś instrumencie. Anitcie Rywalskiej- Sosnowskiej towarzyszył tenor Marcin Pomykała, za pulpitem dyrygenta niezastąpiony w tej roli Bernard Chmielarz. Na występie Filharmonii Dowcipu nie koniec.
Czy można żartować z Chopina czy Mozarta? No nie każdy może, a przynajmniej nie każdy powinien tego próbować. KWARTET OBSESSION może i powinien, przekonaliśmy się o tym w miniony poniedziałek. Na scenie SOKOŁA w ramach FESTIWALU WIRTUOZERII i ŻARTU MUZYCZNEGO wystąpiły cztery panie wyjątkowej urody i talentu. Smyczkowy kwartet w składzie: Kamila Szalińska- Bałwas- I skrzypce, Agnieszka Kłosiewicz- II skrzypce, Aleksandra- (nazwisko nie znane )altówka i Małgorzata Krzyżanowicz- wiolonczela to wyjątkowo dobre połączenie muzyki z odrobiną tańca, śpiewu i dowcipu z kobiecością. Ale było i słowo. Prześliczna wiolonczelistka dowcipną konferansjerką, prowadziła widownię przez cały program koncertu, który był muzyczno- kabaretową ucztą w barwnym świecie dźwięków. Wspaniały kontakt z publicznością, przemiły wieczór, tak jak i ostatni wtorkowy. Z tym, że mniej tam było żartu więcej wirtuozerii. Na scenie wystąpił kandyjczyk Rona Korba, mistrz gry na flecie zwany Szamanem Fletu. Ron nie doznał duchowego opuszczenia własnego ciała jak na prawdziwego szamana przystało za to jak prawdziwy ambasador gry na flecie zabrał nas w niezwykłą podróż łączącą azjatyckie, bliskowschodnie, celtyckie, latynoskie, klasyczne i jazzowe muzyczne wpływy. Wykonanie, nietypowe aranżacje są efektem podróży muzyka, ale i wykształcenia, które zdobył w Królewskim Konserwatorium Muzycznym i na Uniwersytecie w Toronto. Kunszt i doświadczenie w połączeniu z łagodnością bohatera wieczoru wywołało poczucie niesamowitej wyprawy.
Ron Korb opowiadał o instrumentach na których grał i zapowiadał każdy utwór, robił to jednak po angielsku tak, że nie ma pewności czy wszyscy na widowni rozumieli o czym mowa. Ale… w przypadku muzyki odbiorcom znajomość języków nie jest niezbędna.
KaT, fot. KaT, Piotr Gryźlak


















